Nie żyjesz za karę 

Jestem osobą z tendencjami do popadania w nastroje mroczne niczym dno Otchłani, która wpatruje się w Ciebie. Z Otchłanią jestem wręcz na Ty. Nazywa się Zenek. Czasami kiedy obudzę się o czwartej rano i nie mogę zasnąć, czytam na kanapie wiersze o śmierci i płaczę. Te klimaty. Ale nawet mnie przygnębia widok osób, które są niezwykle nieszczęśliwe i czują się w obowiązku tkwić w nieszczęściu.

Głęboko wierzę, że owszem, mamy w życiu pewne nadrzędne obowiązki. Przede wszystkim być drugiemu człowiekowi człowiekiem, nie wilkiem. Być uczciwym. Nawet płacić podatki. Przestrzegać przepisów drogowych. Takie tam, frajerskie reguły Człowieka, Który Nie Jest Sukinkotem. Mamy też jednak obowiązek dbać o tę jedną osobę, która nigdy nas nie opuści. Tak, tak, zgadujesz dobrze. Chodzi o siebie samego.  

Znam mnóstwo, mnóstwo cudownych osób, które z jakiegoś powodu zgadzają się na niefajne, niesprawiedliwe i nieprzyjemne rzeczy. Bo mają dobre serca. Bo nie chcą sprawiać przykrości. Bo może czasem łatwiej jest cierpieć niż postawić na swoim. Bo kiedy indziej po prostu się boją co będzie, kiedy powiedzą nie. Mam ochotę nimi potrząsnąć, nakrzyczeć, zabrać je gdzieś daleko i schować, żeby przestały sobie to robić. Oczywiście to bez sensu, jak mówienie zakochanej osobie, że obiekt jej uczuć jest trochę potworem. To prawie nigdy nie pomaga. Albo przytaknie i powie, że no cóż, wie o tym, albo Ty staniesz się wrogiem miłości, którego należy się pozbyć z życia. Jakkolwiek to frustrujące, często można jedynie czekać, aż ta osoba sama zda sobie sprawę z sytuacji, zaciskając w międzyczasie piąstki ze złości. 

Długo, długo bywałam kimś, kto bał się powiedzieć nie, przejmowałam się uczuciami i reakcjami wszystkich dookoła, a swoimi na końcu. Długo też dawałam się zastraszać. Pracowałam kiedyś w niezbyt przyjemnym miejscu z cholerycznym szefem o wielkim ego. Czułam się tam często jak zaszczuty pies i dostawałam ataków paniki w toalecie. Dopóki nie doszło do mnie, że wcale nie muszę tam być, a najgorszym, co może mi zrobić szef, to nakrzyczeć i się obrazić. Bo wszystko inne jest mniej lub bardziej karalne. Ta realizacja zajęła mi dwa lata, ale lepiej późno niż wcale. 

Paradoksalnie, kiedy zaczynasz przykładać dużą wagę, żeby się szanować i robić wszystko, żeby nie być nieszczęśliwym, robisz się postacią większą i groźniejszą. Potęga “nie” jest niesamowita i przerażająca. Życie robi się lepsze, milsze, piękniejsze. W szkole powinny być lekcje z mówienia “nie” (to taki przytyk polityczny do każdego rządu świata, bo im w sumie nie na rękę, żeby obywatel mówił “nie”). Zamiast tego dajemy sobie jednak wmawiać ze wszystkich stron, że “tak być musi”, “jakoś przecierpisz”, “zagryź zęby”, “no bywa”, “co zrobisz”. 

Jest wiele rzeczy, na które nie poradzisz i z którymi musisz się pogodzić. Jest jeszcze więcej rzeczy, które ktoś będzie próbował przebrać za takie i wcisnąć Ci na siłę. Nie daj się, okej?

  • Masz rację, Rienno, masz rację. Nawet najbardziej pewnym siebie i gryzącym i kopiącym w obronie innych nieraz siebie jest najtrudniej chronić… A zwykłe „nie” urasta do rangi całkiem sporego wyzwania 😀

  • Taką lekcję trzeba powtarzać i powtarzać w nieskończoność. Zawsze znajdzie się ktoś, kto tego potrzebuje. Dobrze, że o tym napisałaś.

  • To już wiem, gdzie nocuje Zenek, kiedy nie oplata mnie uściskiem. A zawsze byłam pewna, że wypełza skubany spod łóżka.

    Też jest mi okropnie źle i czuję się bardzo bezsilna, kiedy widzę, jak bliskie mi osoby nawet nie próbują wyprosić typka ze swojego życia.

    Dlatego życzę wszystkim powodzenia w walce z gnojkiem!

  • Idea potrząśnięcia i zabrania gdzieś daleko brzmi logicznie.
    Chociaż cała tematyka chyba nie jest moja… Chociaż… Nie miałam nigdy kłopotów z „nie”, chętnie darłam się „Nie będę zbierać tych jabłek, bo się uczę, nie jestem jakimś robolem!”, wyrosłam na perfekcyjnego egoistę. Nie widzę powodu, by być miła dla ludzi. Ale nie lubię klopotów. Nie mówię ani „tak”, ani „nie”, tylko większość gatunku ludzkiego inoruję, dzięki czemu unikam większości spięć i utarczek. Szczególnie nauczyło mnie tego mieszkanie studenckie. Zawsze irytują mnie osoby które mają problem z każdym krzywo postawionym garnikiem i niedomytym blatem. Ja ignoruję i je, i garnek, i blat, i dzięki temu nie rozwijam sobie nerwicy 😀

  • Livia Madus

    piękny tekst o asertywności i skutkach ubocznych z jego deficytu w naszym codziennym życiu

  • Emilia Maciejewska

    Podpisuję się pod tym co napisałaś rękami i nogami. Nie można pozwolić sobie wejść na głowę.

  • To ten post, do którego można wracać żeby przypomnieć sobie, że jeśli sami nie będziemy dla siebie dobrzy – nikt nie będzie. To prawda, że każdy sam musi dotrzeć do takiego momentu kiedy, albo powie „dość” albo zamknie się w domu sponiewierany przez swoje lęki/ depresje etc.
    Osobiście zaczęłam pracę nad sobą i swoją asertywnością. Długa droga przede mną ale pierwszy, najważniejszy krok już za mną 🙂

  • W punkt! I doskonale rozumiem to, że dwa lata zajęło Ci zrozumienie, że może być inaczej 🙂 W tej kwestii mam podobne doświadczenia. Ktoś już niżej napisał, że to jest tekst do którego warto wracać – tak na wszelki wypadek, dla przypomnienia 🙂

  • Pingback: Czerwcowe znaleziska z sieci - ekopozytywna()

  • Świetnie napisane. Dzięki za ten tekst. I zdecydowanie powinno się nas uczyć w szkole mówienia „nie” – mam wrażenie, że między innymi tam nauczono nas czegoś zupełnie innego. Ale skoro efektem mówienia „nie” ma być piękniejsze życie to chyba warto ryzykować.

  • Zgadzam się w 100% i wciąż się tego ucze 🙂

  • Pingback: Wspomnienia czerwca 2017 - Pani Kultura()

Loading..