Image-1-1
Riennahera

Riennahera

Miesięcznik Pogardy 9/21

To jest dziwny miesiąc. Działo się w nim naprawdę dużo i sporo nam się w życiu zmienia, ustawia, zaczyna, ale o żadnej ze spraw nie chcę, nie mogę, nie powinnam na razie mówić. Bardzo to dziwaczne uczucie i czuję się nieco niespełniona, nie mogąc chwalić się wszystkim wszem i wobec w social mediach, rozmawiając o TYCH SPRAWACH tylko z bliskimi, zaufanymi osobami. Bardzo to retro. Życie w stylu vintage. Prawie jak za czasów telefonów z tarczą i dyskietek. Mało to satysfakcjonujące, ale cóż, w końcu to wszystko będzie się objawiać. Wszystko jest miłe i pozytywne. 

W związku z miłymi i pozytywnymi sprawami, kupiłam nowego laptopa, do robienia miłych i pozytywnych rzeczy. Jest piękny i różowo-złoty i pasuje mi do paznokci. 

Jasnym punktem  na mapie moje życia jest fakt, że w końcu oboje z Ellem złożyliśmy wszystkie niezbędne dokumenty i aplikacje i opłaty na obywatelstwo i teraz już tylko czekamy. Ile to potrwa? Kto wie. Może Kilka tygodni, może sześć miesięcy, może wieczność. Kiedy w końcu się uda, z pewnością zdam relację z całego procesu. 

Ze złych wiadomości, jesień zaczęła się na pełnej…no, wiecie na czym i już deszcz niszczy nam spacery oraz perspektywy trenowania. Jeśli ktoś ma ochotę powiedzieć, że nie ma złej pogody na spacer, jet tylko nieodpowiednie ubranie, to zapraszam na spacer w deszczu z aktywną dwulatką i wiecznie głodnym niemowlęciem, które nienawidzi już leżeć w wózku, ale jeszcze nie umie siedzieć. Nie brzmi jak atrakcja? No, bo nią nie jest. 

Z jeszcze gorszych wiadomości, to podsumowanie miesiące wydaje mi się nieco zbyt puchate, może dlatego, że oprócz pewnych trudności (typu brak snu i przygniecenie bobasem), moje życie jest dość puchate. I kurczę, będę musiała chyba dorzucić tu nieco bieżącego komentarza, nie więcej rantowania, bo czuję, że jakoś rozpływam się w puchatości. Chyba, że nie? 

Przejdźmy jednak to tego co milsze…

Książki

Lolita – Vladimir Nabokov: Nie wiem czy komukolwiek muszę streszczać założenie tego dzieła, bo jest pewnie jednym z najbardziej znanych na świecie. Ale jeśli jednak trzeba, to w dużym uproszczeniu, to opowieść o tym jak dorosły mężczyzna uprawia seks ze swoją nieletnią pasierbicą zjeżdżając Stany Zjednoczone w latach pięćdziesiątych. Oczywiście chodzi tu o język, metafory, oddanie kultury i tak dalej i tak dalej, niemniej, w dużym uproszczeniu wygląda to właśnie tak. 

Jaki. Ja. Mam. Z. Tą. Książką. Problem. 

Pierwszy raz czytałam Nabokova mając lat siedemnaście. Uznałam “Lolitę” za cudowną i wybitną i piękną, w okropny sposób. Teraz mam dwa razy tyle lat i uważam, że jest…nudna. Toksyczna. Przestylizowana. Idzie mi jak po grudzie i nie sprawia żadnej przyjemności. A w odpowiednich momentach jest mi po prostu niedobrze. Wtedy czytałam ją w przekładzie, obecnie w oryginale. Zakładam, że ma to wpływ na odbiór. I wiecie, ja nie jestem szczególnie moralizatorska, ani nie oburzam się szczególnie łatwo, ale to co artystycznie reprezentuje sobą “Lolita” zachwyca mnie za mało, żeby zrekompensować toksyczność tej książki. Oczywiście mam na myśli główny motyw, ale też ogólną wizję świata Humberta Humberta  (swoją drogą, ciekawe jest, że te toksyczne motywy są dzisiaj powszechnie akceptowalnymi elementami naszej popkultury, np. wyższość młodziutkiej niedorosłej dziewczynki nad dorosłymi kobietami…). Uwodzicielską i obrzydliwą. To oczywiście moje zdanie. Nigdy nie powiedziałabym, że należy przestać czytać “Lolitę”. Wręcz przeciwnie. Nawet nie stwierdzę, że nie jest wybitna. Chyba jest, obiektywnie. Doceniam język, styl, metafory. Ale kiedyś MNIE zachwycała, a teraz już nie. 

Ojciec Goriot – Honore Balzac: Wszystko zaczyna się w ubogim pensjonacie w podłej dzielnicy Paryża, kiedy młody student Rastignac próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie paryskich elit i poznaje bajecznie bogate córki swojego ubogiego sąsiada, pana Goriot…Mój mąż z niedowierzaniem patrzył na mnie, kiedy stwierdziłam, że „Ojciec Goriot” to mój comfort read. Bo jest to przecież studium nędzy, okrucieństwa i egoizmu, między innymi. W końcówce dość przerażajace i pozbawiające nadziei. To się wszystko zgadza. I bardzo mnie koi. Bo wbrew temu, co czasem myślimy, świat nie robi się coraz gorszy. Ludzie nie schodzą na psy. Świat i ludzie są od zawsze mniej więcej tacy sami. Niektórzy bywają nawet chwilami przyzwoici. Chwilami. Balzac stoi dla mnie obok Tołstoja, Vonneguta i Sapkowskiego. Kiedy ich czytam, czuję się rozumiana. Jakbyśmy dzielili westchnięcie i wzruszenie ramion pijąc whisky przy kominku.

Filmy i seriale

W tym miesiącu poszalałam, oglądałam naprawdę sporo. Właściwie nie do końca wiem jak mi się to udało. Oprócz tego, że pewnie na raty, przy karmieniu i kiedy bobas ucina sobie na mnie drzemki. Bo ma akurat ten szalony okres, że innych drzemek niż na mnie nie ma. 

Worth: Jak ocenić wartość ludzkiego życia? Prawnicy i ubezpieczyciele mają swoje sposoby. Ale dlaczego życie sprzątacza jest mniej warte niż życie prezesa korporacji, jeśli zginęli w tym samym miejscu i w tych samych okolicznościach? Ciężki emocjonalnie film o odszkodowaniach dla rodzin ofiar zamachów na WTC i Pentagon. Mimo wielkiego tematu, jest to film skromny w formie i kameralny. Na pewno warto go obejrzeć, na pewno wywołał emocje i zmusił do myślenia, ale jednocześnie czuję jakiś niedosyt. 

1917: Dwaj młodzi żołnierze mają dostarczyć rozkaz wstrzymania ataku do oddziału stacjonującego za odległym o osiem mil miasteczkiem. W tym momencie macierzyństwa ciągnie mnie przede wszystkim do filmów o wojnie i umieraniu. Ten film jest realizacyjnie piękny, to sztuka z prawdziwego zdarzenia. Podoba mi się jak bardzo postapokaliptycznie zbudowano pierwszą połowę filmu, chociaż jesteśmy na froncie I Wojny Światowej, czułam jakby oglądała jakieś wojenne sci-fi. Unikalnym aspektem jest nakręcenie całości w (pozornym oczywiście) jednym ujęciu. Świetny i udany zabieg. Dodatkowym smaczkiem jest elita brytyjskiego aktorstwa, którą bohaterowie napotykają w rolach epizodycznych podczas swojej odysei. Jest bardzo emocjonalnie, bardzo brutalnie, bardzo obrzydliwie, bardzo beznadziejnie, w sensie braku nadziei, nie jakości. Jest tak, jak powinno się opowiadać o wojnie. No bardzo mi się to podobało, no. 

71: W temacie wojny, chociaż nie tej na froncie, a wojny z terroryzmem. Młody brytyjski żołnierz zostaje wysłany do Irlandii Północnej w 1971 roku. Dla tych, co niekoniecznie są w temacie wyspiarskiej historii – jest to okres tzw. Troubles, intensywnego konfliktu zbrojnego między ludnością protestancką i katolicką, w którym jedną ze stron była IRA i jej jeszcze brutalniejsze odłamy. Nasz bohater zostaje oddzielony od swojego oddziału podczas zamieszek i próbuje dostać się z powrotem do koszarów. Znów, porównanie tej podróży przez ulice Belfastu do Odysei nie jest na wyrost, bo dzieje się wszystko i jeszcze więcej. W najgorszym tego słowa znaczeniu. 

Dla mnie film wybitny. 

I give it a year: Z sympatii do Rose Byrne oglądam różne rzeczy, nie zawsze dobrej jakości. To jest komedia, rzekomo romantyczna, o małżeństwie. A raczej o jego rozpadzie. Główni bohaterowie są średnio dobrani i próbują jakoś temu zaradzić. Taki ok film na herbatę pod kocem, jeśli nie ma się ochoty na nic ambitnego. 

White Gold: Mam słabość do produkcji o sprzedawcach (w sensie przedstawicieli handlowych, nie opowieści o obsłudze sklepów). Tutaj mamy sprzedawców okien dwuszybowych w latach osiemdziesiątych w Essex. Plus epizodycznie sprzedawców reklam w branżowym czasopiśmie, więc totalnie moich braci w zawodzie. Można by myśleć, że sprzedaż okien i reklam to słaby temat na komedię, ale daje radę. Temat niszowy, stylistyka przaśna, samo życie. Mnie bawi dostatecznie. Plus śliczny Ed Westwick jako gwiazda sprzedaży okien. 

Sex Education: O nowym sezonie rantowałam już na fanpage’u w kontekście porodu. Czy poza tym kontekstem są jeszcze inna warte wspomnienia? Nie wiem. Jest w porządku i poprawnie, ale bez fajerwerków. Jest kilka ciekawych motywów, ale wszystkie pozostawiają pewien niedosyt. 

Promising Young Women: Cassie porzuciła studia medyczne i pracuje w kawiarni, by co tydzień wieczorem udawać w barze pijaną i dać się zabrać do domu pełnemu nadziei na łatwy seks “miłemu facetowi”. Film zasługujący na wszystkie wyróżnienia, które dostał i na rozgłos. Ba. Ten film powinien być obowiązkowo oglądany w szkole. Co nie oznacza, że nie mam mieszanych uczuć, bardziej chodzi mi jednak o sam temat, którego dotyczy niż o formalne aspekty filmu. O to, jak bardzo destrukcyjne są zachowania mężczyzn i nawet szukanie sprawiedliwości boli jak sam skurwysyn. Boli bardziej niż cokolwiek. 

Cruella: Zupełnie szczerze – mam absolutnie dość live action remake’ów klasyków Disneya i opowieści o disneyowskich czarnych charakterach. Nie interesuje mnie ta tematyka. ALE…Cruella ma urok. Uważałam, jak mnóstwo osób, że dorabianie mitologii tej postaci to głupi pomysł, ale kurczę, ma to urok. Historia nie jest wielce oryginalna, nie jest nieprzewidywalna, jest dość infantylna, ale…wciąż, ma urok. Oglądałam bez zażenowania i z pewną przyjemnością. Fajna estetyka i, paradoksalnie, dla mnie ten film oddaje z powodzeniem klimat Londynu jako miasta. Dużo lepiej niż mnóstwo innych filmów do tego aspirujących. 

Blogowo

Łohoho, było osiem wpisów. Szalenie (jak na mnie od kilku lat). W kategorii dziecięce – pisałam o połogu, o którym wciąż mówimy za mało, prawie w ogóle i o znienawidzonym pytaniu rodziców. Zrobiłam ankietę na instagramie i to pytanie rzeczywiście było w TOP3. Z innych ważnych tematów, z okazji piętnastej rocznicy mojego przyjazdu do Wielkiej Brytanii odpowiedziałam na piętnaście pytań od Czytelników. W tym temacie wkrótce będzie się jeszcze działo na moich kanałach więcej. Stay tuned (dosłownie tuned 😉 ). Bardziej felietonowo, myślałam o jesieni, szczęściu i dorastaniu

W kwestii życiowych decyzji…

Odwyk od ubrań trwa.

Ponieważ podjęłam tę brzemienną w skutki decyzję, zamierzam co miesiąc informować o postępach. Udało mi się od czasu postanowienia kupić jedynie rzeczy do ćwiczeń, których potrzebowałam. W zamian za dwie nowe koszulki i mięciutką, lekką bluzę, wyrzucam stare, w których się sobie w ogóle nie podobam. Bluza, stety lub niestety, fajnie wygląda też na co dzień. Oznacza to jednak, że na chwilę obecną większość moich potrzeb ubrań do ćwiczeń jest usatysfakcjonowana i nie widzę potrzeby kupować niczego w tej kategorii, dopóki coś innego się nie zniszczy. 

Kwota wydana: £29.98

Oddałam też dwa wielkie worki ubrań na cele charytatywne. Jest nieco luźniej. 

Ode mnie tyle. Do zobaczenia za miesiąc. 

(To co, rantować więcej czy nie?)

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

3 thoughts on “Miesięcznik Pogardy 9/21”

  1. Oooo, coś o irlandzkim Troubles! 71 będzie oglądane, bo jestem łasa na wszystko w tym temacie.

    I chyba mojej podświadomości coś się stało po przeczytaniu twojego wpisu o ubraniowym odwyku, bo często o tym myślę i ze zdumieniem zauważyłam, że już dawno nic nowego sobie nie kupiłam! Mój jedyny zakup w przeciągu miesiąca to turkusowe szarawary, o których marzyłam od gimnazjum, więc sobie wybaczam. Teraz wypadałoby wyjść z podświadomości do świadomości, ale to by się wiązało z postanowieniami, a co za tym idzie z brakiem zabawy, więc pozostawię to takie niesformalizowane 😀

  2. Jeśli chodzi o Lolitę, to moja promotorka specjalizuje się w Nabokovie i omawialiśmy różne jego dzieła – większość jego głównych bohaterów jest absolutnie okropna i przeintelektualizowana, wydaje im się, że są w jakiś sposób wyjątkowi, lepsi od innych. Lolity co prawda nie robiliśmy, ale mieliśmy długą dyskusję na jej temat i Nabokov specjalnie napisał tę opowieść w taki sposób, żeby dać ludziom wgląd w umysł pedofila i sprawić, by poczuli się niekomfortowo sympatyzując z nim, kibicując mu. Założeniem było udowodnienie, że czytelnik nie powinien się utożsamiać z głównym bohaterem / bohaterką książki, żeby ją móc docenić, on w ogóle bardzo wierzył, że własne odczucia czytelnika powinny być oddalone od tego jak odbiera się książkę i powinno się patrzeć na warstwę językową i na kunszt pisarza, sposób opowiedzenia historii, etc. a nie na to czy się lubi główną postać. Jak zaczął wykładać na uniwersytecie to jego zajęcia tyczyły się powieści jakie uznał za najlepsze w swoim życiu, miał cykl z literatury anglojęzycznej i rosyjskiej, są nawet książki o tych jego wykładach i we wprowadzeniu do tej pierwszej jest tekst „Good Readers and Good Writers”, łatwo znaleźć a jest super ciekawe. Tam właśnie podaje jak na zajęciach ze studentami zawsze podaje 10 zdań o dobrym czytelniku i każe wybrać 3 poprawne, a potem wyjaśnia dlaczego czytelnik absolutnie nie powinien pozwolić na to by jego / jej emocje i sympatia wpłynęły na odbiór książki bo nie o to w tym wszystkim chodzi. Bardzo polecam sam tekst, to tylko kilka stron, a jest niesamowicie ciekawym spojrzeniem na literaturę i czytanie, nawet jeśli się z tym nie zgadzasz bo ja bym polemizowała z kilkoma rzeczami, no i pomaga też zrozumieć dlaczego Nabokov pisał tak jak pisał i dlaczego jego styl jest taki bogaty 🙂

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry