OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Riennahera

Riennahera

Gdzie znaleźć wenę?

Od dawna twierdzę, że wena nie istnieje. Ale to nie do końca prawda. Wena nie jest niezbędna do tworzenia, ale w niektóre dni wszystko idzie jak po maśle, a w inne nie idzie zupełnie.
Piszę z mniejszymi lub większymi sukcesami od ponad dwudziestu lat. Od wiedźmińskich fanfików, przez wiele blogów, prace na studiach, po kilka artykułów w mediach, po własną książkę. Myślę, że można uznać, że trochę się napisałam. Na tym blogu jest opublikowanych prawie tysiąc siedemset tekstów. Nie liczę social mediów.

Kiedyś o wiele bardziej polegałam na przypływach natchnienia. Teraz polegam na nich w niewielkim stopniu. Kiedyś pisałam, kiedy mnie naszło, teraz nie piszę tylko kiedy mam naprawdę słaby czy ciężki dzień. Natchnienie mną nie rządzi. Jeśli posłużyć się metaforą, jest jak wierzchowiec, o którego dbam, którego przygotowuję do jazdy i przez znakomitą większość czasu współpracujemy.
Ale dojście do tego etapu zajęło dużo czasu. Ponieważ jestem taka stara, mądra i doświadczona, dzielę się tym, co u mnie działa.

To gdzie znaleźć wenę?

W łóżku

Nie w namiętnym seksie, chociaż to na pewno nie zaszkodzi. Sen to absolutna podstawa wszystkiego. Wiem, że moje malutkie dzieci jeszcze tego nie rozumieją i pewnie zrozumieją dopiero w moim wieku, ale człowiek wyspany myśli lepiej. Wiem, że młoda młodzież i wolni od obowiązków ludzie sukcesu mogą uznać to za nudne marnowanie życia. No cóż. Też tak uważałam. Odkąd mam dzieci, czuję to każdą komórką swojego ciała. I jeśli czuję potrzebę drzemki, to rzucam wszystko i śpię. Nawet kosztem pisania. Bo bez snu i tak nie napiszę niczego wartego uwagi.

W codziennej pracy

Tutaj metafora oporządzania konia ma najwięcej dosłownego sensu. Wyrobienie nawyku pozwoliło mi znacznie przyspieszyć i ułatwić pisanie. Nie mam żadnych blokad, nie prokrastynuję, siadam i robię swoje. Codziennie lub prawie codziennie. Nawet jeśli to co danego dnia napiszę jest nieskończone, da się to potem skończyć. Jeśli jest słabe – kasuję albo poprawiam. Przynajmniej jest na czym pracować.
Lepiej napisać źle, niż w ogóle. Lepiej napisać za mało i nie wyrobić dziennego targetu, niż nie napisać niczego. Lepiej kasować, niż nie mieć niczego do pokazania.
Małymi kroczkami powstają duże rzeczy. Moja książka, o której myślałam latami, konkretnie odkąd miałam lat czternaście, powstała w rok, z małym dzieckiem pod pachą i kolejnym w drodze. Bo zaczęłam pisać codziennie.

Wśród ludzi

Wiem, że w dobie gloryfikacji introwertyzmu i izolowania się od ludzi, unikania small talku i jakichkolwiek kontaktów poza tymi, które są nam niezbędne do życia, to jest kontrowersyjne stwierdzenie. Niemniej, będę odważna. Bycie z ludźmi, bycie otoczonym ludźmi, to kopalnia inspiracji.
Ludzie mają opinie. Często inne niż Twoja.
Ludzie mają życia. Często ciekawe. Nawet jeśli zwykłe. Czy oparłam pewne aspekty relacji bohaterów książek na osobach, które znam? Czy kilka pomniejszych postaci z książki to przeniesione jeden do jednego prawdziwe osoby? Może…nikt mi tego nie udowodni. Zwłaszcza, jeśli nie zna polskiego…
Czasami inspiruje mnie nawet podsłuchana w autobusie rozmowa. Albo zachowanie przechodnia. Albo obserwacja grupki popijającej kawę w Starbucksie. Albo osoby mijane w muzeum. Każdy najbardziej nawet banalny kontakt ma w sobie potencjał.
Nieprzyjemne osoby z mojej przeszłości również przekuwam na coś dobrego i ich zachowania inspirują moje czarne charaktery. Przynajmniej przykrości na coś się przydają.
Tutaj tylko uwaga, żeby nie wykorzystywać ludzi perfidnie. Bo będzie ich bolało. Chyba, że zasługują. Chyba, że piszecie o perfidnych ludziach. To inna historia…

U innych twórców

To zawsze jest dobry pomysł. Zwłaszcza dla osób piszących, bo nic nie uczy warsztatu tak jak podglądanie go u innych. O tym mówi każdy kurs o pisaniu, każdy masterclass, każdy poradnik pisarza. To mówi Neil Gaiman, Stephen King, Salman Rushdie. Na pewno dziesiątki, jeśli nie setki innych odnoszących sukcesy piszących osób. Nie wiem czy to samo działa w przypadku muzyków czy rysowników czy innych twórców, ale dla pisarza to jest absolutna podstawa. Wielkie dzieła powstały z inspiracji pisaniem innych – zobaczcie chociaż ile twórczości zainspirowała Biblia…Wielkie sukcesy komercyjne powstały z inspiracji innymi – heloł, “50 Twarzy Greya”?
Oczywiście trzeba pamiętać, że żeby nazywać się twórcą, to oprócz czytania trzeba też tworzyć. Natomiast proporcje 50/50 wydają mi się rozsądne.

W ruchu

Dobre pomysły stosunkowo rzadko przychodzą do mnie, kiedy siedzę i wgapiam się w ekran w ich poszukiwaniu. Ale czasami przychodzą pod prysznicem. Albo kiedy gotuję. Albo jak wstawię pranie i pójdę do sklepu po mleko. Czasami wystarczy nawet pójść do toalety, żeby odblokowało się coś w głowie. Dlatego warto robić przerwy na herbatę. Jakakolwiek zmiana położenia i przestrzeni działa pozytywnie.

Poza codziennością

Kiedy wysycha mi studnia pomysłów, to znak, że jestem zbyt zakopana w rutynie, brak mi nowych bodźców. Wtedy umawiam się z kimś na lunch albo do pubu, idę w jakieś miejsce, gdzie zwykle nie chodzę. Do muzeum lub galerii, nawet jeśli byłam w nim już wiele razy.
Opuszczam strefę komfortu, bardziej się wysilam. Najczęściej się odblokowuję.
Tutaj polecałabym jakieś nowe, poboczne zajęcie, hobby, zainteresowanie. Wszystko co nowe prowokuje do myślenia. Albo pozwala odkleić się od rutyny i nadaje świeżą perspektywę. Nie rysujesz? Zacznij. Nie jeździsz na rowerze? Pożycz rower miejski i pojedź.
Nie chodzi o to, żeby to wszystko robić na raz. Ale możliwości sią wszędzie.

W przerwie

Piszę o codziennej pracy, więc skąd nagle przerwa? Bo urlop przydaje się każdemu. Uważam, że danie sobie czasu na przewietrzenie głowy i zrobienie w niej miejsca na nowe to dobry pomysł. Tyle tylko, że ta przerwa powinna być zdefiniowana. Nie na zasadzie “wrócę do tworzenia, kiedy wróci mi wena”, tylko “daję sobie tydzień/miesiąc/x czasu bez żadnej presji, a po tym czasie siadam na pupie i pracuję”.
Zwykle kiedy pozwalam sobie na takie wakacje, zaczynają mi się trząść ręce i szybciutko wracam do klawiatury. Ba, był moment, że pisałam w zeszycie na tarasie kawiarni na szczycie góry w Szkocji, będąc w ciąży. Bo MUSIAŁAM. Bo zainspirowała mnie chmura.

Wszędzie

Im bardziej jestem otwarta, tym więcej rzeczy wpada mi do głowy. Inspirują mnie nagłówki w Daily Mail. Opowiadanie, które chcę w tym roku skończyć, wpadło mi do głowy na widok budujących się w oddali apartamentów, które błyszczały z oddali, widoczne z mojego okna, kiedy nocą karmiłam piersią. Inny jego element zainspirowało obrzydliwe, brudne i śmierdzące przejście pod mostem. Dzisiaj miałam niesamowity sen, z którego chcę zrobić kolejne opowiadanie. Wymądrzanie się mojego męża włożyłam w usta jednej z postaci. Zamek na klifie nad plażą podczas odwiedzin u znajomych zainspirował cały rozbudowany motyw w powieści.
Żadna chwila nie jest bezwartościowa. Każde wspomnienie może się kiedyś przydać. Dlatego trzeba żyć, wychodzić z domu, przeżywać rzeczy, odwiedzać miejsca.

W znajdowaniu weny ważne jest aktywne jej szukanie. Chociaż nie. Nazwałabym to aktywnym otwarciem na nią. I stwarzanie jej jak najwięcej okoliczności, żeby mogła się pojawić. Z mojego wieloletniego doświadczenia, efekty są o wiele szybsze niż czekanie, aż natchnienie od Muzy samo z siebie spłynie z nieba.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry