miesiecznik
Riennahera

Riennahera

Miesięcznik Pogardy 11/2020

Listopad upłynął w Wielkiej Brytanii pod znakiem drugiego lockdownu. Co było decyzją odważną, jako że to drugi najbardziej lamerski miesiąc w roku, zaraz po lutym. Więc dobrze, że Wyspa się nie załamała i nie zatonęła.

Po wielu tygodniach stresu i jednym tygodniu przygotowania się, podeszliśmy z mężem do testu Life in the UK, który potrzebny jest nam do aplikacji o obywatelstwo. Zdaliśmy go bez żadnego trudu, chociaż w drodze do centrum egzaminacyjnego zgubiłam kartę kredytową. Powiedzieć, że się zdenerwowałam, to nie powiedzieć nic. O samym teście mam już gotowy tekst po zachętach na grupie, ale jakoś wciąż zastanawiam się czy temat kogokolwiek interesuje. 

W związku z lockdownem i związaną z nim koszmarną nudą, zainwestowaliśmy potężne pieniądze w powrót do Magic The Gathering – karcianki, w którą grywaliśmy pod koniec gimnazjum. Wszystkie pieniądze, które poszłyby na wyjścia, kulturę, rozrywkę i inne zbytki, poszły na karty z elfami, goblinami, zombie, dinozaurami, a nawet psami. Niczego nie żałuję. No, może tego, że ja od zawsze grałam talią białą lub biało-czarną (lubię kombo potężnych aniołów i paskudnych zombiaków), a nie mamy wystarczająco fajnych nowych kart, żeby złożyć mi nową białą talię. Mamy za to wspaniałą zieloną talię, która niszczy wszelką nadzieję. 

Kto z Was grał w Magica?

Filmowo i serialowo 

The Mandalorian: Chociaż mam wątpliwości co do niektórych odcinków i pojawia się w serialu trochę wątpliwości odnośnie tego czy wszyscy scenarzyści są na swoim miejscu, od czasu Rogue One uniwersum Gwiezdnych Wojen nie spotkało nic lepszego niż The Mandalorian. W końcu udało się twórcom przypomnieć mi, że to uniwersum mnie obchodzi i jest dla mnie ważne. A oprócz pojedynczych głupawych dialogów, nie czuję się zażenowana tym co widzę na ekranie. Ba, co tydzień czekamy z mężem na nowy odcinek. 

Staged: Jestem chyba jedną z niewielu osób na świecie, które nie rozumieją fenomenu Davida Tennanta. Owszem, wydaje mi się on sympatycznym człowiekiem i niezgorszym aktorem, oglądam go za każdym razem bez cierpienia, jednak wciąż nie rozumiem. I tak jak kocham książkę “Dobry Omen”, Gaiman jest moim twórczym idolem, Pratchett w sumie też, tak nie czułam serialu i nie czuję chemii między Tennantem a Martinem Sheenem. To napisawszy, uważam, że Staged to sympatyczny, lekki, łatwy i dobrze wchodzący serial, idealny na czasy pandemii. Ale wiem, że niektórych zachwycił dużo bardziej. No mnie nie. Jest po prostu bardzo ok.

Raz na jakiś czas wydaje mi się, że jestem emocjonalnie upośledzona. Może to jest potwierdzenie moich przypuszczeń?

Forbidden World: Jeśli jest typ filmu, który kocham najbardziej na świecie, z pewnością jest to Zły Film z Lat 70 – 80. W tym roku najwięcej radości sprawił mi The Beastmaster, na którym płakałam ze śmiechu, Forbidden World jest jednak niedaleko za nim. Jeśli wyobrazicie sobie retro sci-fi, które próbuje być jednocześnie Alienem i Solaris Tarkowskiego, ale jest po prostu żenujące, bo aktorzy są słabi, a fabuła jeszcze gorsza, otrzymamy Forbidden World. Jednocześnie ciężko przyczepić się do scenografii, ponieważ maczał przy niej palce początkujący James Cameron. Poza tym przedstawione w nim naukowe teorie o genetyce mają ręce i nogi, mój mąż pracuje w branży medycznej i twierdzi, że po latach to się broni. Dostajemy zatem film, który jest okropnie zły, ale wygląda (większość czasu, nie cały) nieźle i ma niezłe założenie. Rozrywka idealna. Dla mnie pięć na pięć gwiazdek w kwestii rozrywki szytej pode mnie. Jedna na pięć w kwestii dobrego filmu. 

The Crown: Napisałam już o serialu dwa osobne teksty, więc odeślę Was do nich kilka akapitów niżej. 

Military Wives: Żony żołnierzy wysłanych do Afganistanu zakładają chór, by poradzić sobie ze stresem pod ich nieobecność. Popłakałam się, pośmiałam się. Jest ciepło. Jest może trochę naiwnie. To nie arcydzieło. Ideologicznie w sumie nie wszystko w tym filmie mi pasuje (pierwsza rzecz – wojsko jako takie). Ale potrzebowałam obejrzeć film, który będzie jednocześnie stosunkowo lekki (bo jednak jest śmierć i emocje) i ciepły, ale z treścią i dobrym aktorstwem i taki film dostałam. 

Yes, God, Yes: Macie czasem wielką ochotę skasować Netflixa? Bo ja tak. Zaczynam mieć wrażenie, że oprócz kilku jakościowych rzeczy i kilku głośnych rzeczy, które raz na jakiś czas wypuszczą z wielką pompą, ich “codzienna” oferta jest miałka, nudna i…hallmarkowa. Potrafię spędzić całe kwadranse przeszukując co by tu obejrzeć, aby w końcu wyłączyć serwis. 

Obejrzałam “Yes, God, Yes” i o ile temat religii i edukacji seksualnej jest szalenie ważny (heloł, świetne “Sex Education”!), to ten film był taki…przewidywalny. Zagubiona nastolatka odkrywa, że katolickie nauczanie na temat seksu jest, krótko mówiąc, nieżyciowe i do bani. Niby coś tu było odważnego, ale tak nie za bardzo. Niby temat trochę kontrowersyjny, ale całość taka poklepująca po pleckach.  Możliwe, że jestem na takie produkcje po prostu za stara i nastolatki odbiorą ten film zupełnie inaczej. Dla mnie za mało tu było “jakościowości”.

Wind Rises: Nie miałam wcale ochoty na Miyazakiego, mój mąż bardzo chciał to obejrzeć, bo jest o samolotach. W połowie mężowi przestało się podobać (bo nudne i ckliwe i podkręcono romans), a mnie zaczęło się podobać coraz bardziej (bo poetyka snu). 

No jest to Miyazaki. I zawiera wszystko, czego można się spodziewać po produkcji Ghibli. Z pewnością Wind Rises jest mniej ekscytujące od…no, może od większości ich produkcji, ale mnie się podoba. 

Książkowo

Po zawiedzeniu się na kilku tytułach, które zaczęłam czytać i nie poczułam miłości, zraziłam się do książek na większość miesiąca. W końcu sięgnęłam po książkę o śmierci i wciągnęłam ją w kilka dni. 

Smoke Gets In Your Eyes: Pożyczyłam ją od przyjaciółki, a zainteresowała mnie, bo po pierwsze jest o śmierci, a po drugie jej autorką jest youtuberka, którą zaczęłam oglądać lata temu. Nie jest to książka wielce głęboka, jest za to wielce sympatyczna, wielce pozytywna i wielce pożyteczna. Caitlin Doughty jest w przyjemny sposób dziwna i zabawna, ma do śmierci pogodny stosunek i poprzez opisy swojej pracy w krematorium, pomaga w dużym stopniu oswoić temat. Ukazuje też grzechy przemysłu pogrzebowego, który jak każdy przemysł próbuje wyciągnąć od klientów jak najwięcej pieniędzy, przekłamując prawdę i nie działając dla ich dobra. Bardzo polecam. 

ebook Aniamaluje: Ebooka kupiłam, bo lubię autorkę. To jedna z moich ulubionych influencerek, ufam jej niemal bezgranicznie i jeszcze na dodatek lubię z nią pogadać. Nawet nie chciałam taniej podróżować, chciałam zobaczyć co Ania zmalowała, a następnego dnia odkryłam, że przeczytałam 3/4 z dwustu stron ebooka. Jest prosto, przejrzyście, bez lania wody, bez owijania w bawełnę. Cała Ania. 

Jeśli ktoś jest wytrawnym podróżnikiem, to może to ebook najmniej dla niego. Jeśli ktoś nie jest fanem ofert i okazji i (uczciwego!) kombinowania, to może też nie aż tak bardzo. Ale ja nie jestem, jestem leniuchem i czasem snobem, a i tak znalazłam kilka ciekawych wskazówek. 

Blogowo 

Największym sukcesem cieszyły się dwa wpisy o serialu The Crown. Jeden o tym, że serial robi się mocno nie ok moralnie i drugi z szybką refleksją odnośnie czwartego sezonu. Muszę powiedzieć, że obserwuję dyskurs w internecie z pewną satysfakcją i jednocześnie z przerażeniem. Z satysfakcją, ponieważ okazuje się, że moje zastrzeżenia co do serialu znalazły odbicie w rzeczywistości. Rodzina królewska, jej znajomi czy krewni Diany rzeczywiście czują się niekomfortowo z najnowszym sezonem produkcji. Łącznie z sytuacjami, kiedy wdowa po zmarłym przyjacielu księcia Karola nie życzyła sobie, by śmierć męża pojawiła się w serialu, została przez Netflix uprzejmie zignorowana. Nie, to nie jest w porządku. Pojawiają się też żądania ze strony brytyjskiego rządu, aby na początku serialu umieścić informację, że nie jest to film dokumentalny a fikcja. Czuję w serduszku potężne “a nie mówiłam”. Przerażona, ponieważ cynizm komentarzy w internecie, przekonanie o prawie do wglądu w czyjeś życie, połączone z naprawdę niewielką wiedzą odnośnie rodziny królewskiej i działania mediów (osoby, które WIEDZĄ JAK BYŁO BO OBEJRZAŁY WYWIAD Z DIANĄ) świadczą, że duża część publiki potrzebuje nie tylko disclaimera, ale poważnej edukacji, przede wszystkim medialnej. Nie mówiąc już o empatii. 

Poza tym świętowałam dwunaste urodziny bloga, pisałam o moim codziennym makijażu oraz zastanawiałam się co myślę po kolejnej lekturze Sagi o Wiedźminie.

Kulinarnie

NIKT SIĘ NIE SPODZIEWAŁ TAKIEJ SEKCJI. 

Nie umiem gotować nic ponad jakieś zupełnie podstawowe rzeczy. Nie lubię gotować. A jednak w tym miesiącu spróbowałam dwóch nowych rzeczy. Panna Lemoniada wspomniała na swoim story o Tofu zmieniającym życie z przepisu Jadłonomii. Potraktowałam to jako wyzwanie, że moje życia NA PEWNO NIE ZMIENI. Ale głupia nazwa. No więc…zmieniło. Nigdy wcześniej nie przygotowywałam tofu, a z tego przepisu zaraz będę je robić po raz drugi. I nie jest to moje ostatnie słowo. 

Co prawda znalezienie w sklepie mąki kukurydzianej okazało się nie lada wyzwaniem (z ziemniaczaną się nie udało), ale było warto. Jest przepyszne. 

Drugim przepisem były smażone bakłażany z miodem od Facet i kuchnia. Jednocześnie lubię ten blog i go nienawidzę. Lubię, ponieważ przepisy autora interesują mnie i fascynują. Nienawidzę, bo jak już zdecyduję się, że chciałabym coś przygotować, okazuje się, że w przepisie są jakieś wykopane w kosmos składniki, których nie tylko nie widziałam na oczy, których nie tylko nie wiem gdzie szukać, ale na dodatek nie bardzo wiem jak je po angielsku nazwać. Jednak smażone bakłażany były wystarczająco proste nawet jak dla mnie. Są smaczne i bardzo sycące. Dla mnie nieco zbyt tłuste, ale mój wybredny mąż zjadł je ze smakiem, więc nie narzekam. 

Tyle u mnie. Teraz intensywnie czekam na Święta i już ustroiłam dom. Jak Wam minął listopad?

PS Niektóre linki są afiliacyjne, ale te do znajomych i przepisów – nie 🙂

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

2 thoughts on “Miesięcznik Pogardy 11/2020”

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry