18.6.13

Co by było, gdyby na Ziemi wylądowali kosmici?





Dana Scully i UFO
UFO i rudzielec, niezapomniane połączenie...



Jako dziecko strasznie bałam się kosmitów. Gatunek ludzki ma to do siebie, że lubi się bać, dlatego karmiłam swój strach namiętnym oglądaniem Z Archiwum X, lekturą wszelkich książek o zjawiskach paranormalnych, kolekcjonowaniem magazynu Faktor X i tak dalej. Kiedyś będąc u babci przeczytałam w Wieczorze Wybrzeża wywiad z byłym pilotem czy innym wojskowym, który przekonywał, że na własne oczy widział statki kosmiczne na orbicie i ma na dowód zdjęcia, poza tym jest przekonany, że inwazja wkrótce się rozpocznie. Był wieczór, babcia wyszła na dwór z psem i moment między skończeniem artykułu, a jej powrotem zapamiętam na zawsze jako najdłuższe minuty mojego życia, podczas których trzęsłam się ze strachu leżąc skulona na kanapie.


Strach zaczął mi nieco przechodzić, kiedy mijały kolejne miesiące i lata, a ja wciąż nie zostałam porwana w celu przeprowadzenia na mnie eksperymentów. Poza tym mama powiedziała mi, że kosmici na pewno mnie nie porwą, bo Jezus na to nie pozwoli. Nie wiem jaki był w tym udział Jezusa, niemniej jednak wciąż chodzę po ziemi w jednym kawałku, bez chipa w karku.


Temat przybycia kosmitów jest jednak w dalszym ciągu pasjonujący, jeśli pomyśleć o nim w oderwaniu od hollywoodzkich produkcji , w których cały wszechświat upatrzył sobie Ziemię by ją zniszczyć, ludzi wytrzebić i zjeść i na koniec złośliwie nasikać im do basenów. Bardziej niż Dzień Niepodległości przemawiają do mnie Faceci w Czerni, gdzie kosmici czekają z paszportami w kolejce do odprawy celnej czy sprzedają gazety w kiosku na rogu.


Pozostając w tych klimatach najlepszym filmem o kosmitach, który do tej pory widziałam, jest Dystrykt 9. Pisałam już, że lubię w posiadaniu telewizora to, że trafiam na filmy, po które nigdy bym nie sięgnęła. Po Dystrykt 9 nie sięgnęłabym za skarby świata i byłabym głupia.
Zatem jaki jest prawdopodobny scenariusz w przypadku pojawienia się na naszej planecie kosmitów? Tak jak w przypadku innych mniejszości nie do końca potrafiących walczyć o swoje prawa i odciętych od swojego pierwotnego miejsca zamieszkania, moglibyśmy zamknąć ich w obozach dla uchodźców. Dałoby się zabronić im prawie wszystkiego i wprowadzić przepisy jawnie promujące segregację rasową. A potem chodzić od drzwi do drzwi po nieziemskich slumsach i zbierać podpisy poświadczające akceptację eksmisji do obozu koncentracyjnego. Moglibyśmy też siąść z nimi przy okrągłym stole, podpisać międzyplanetarne pakty o przyjaźni i nieagresji, a potem iść tarzać się razem na łące i wymieniać życiowymi doświadczeniami pijąc galaktyczną lemoniadę. Twórcy filmu są jednak podobnymi do mnie defetystami i nie wierzą w ludzkość jako gatunek, więc możecie domyślić się, którą wersję przedstawiają. Istnieją obawy, że w starciu z nieznanym nie przemieniamy się jako ogół w prezydenta Stanów Zjednoczonych stającego na czele eskadry doborowych pilotów, ale raczej w złośliwe ziemskie biurwy, psychopatycznych i pozbawionych odruchów ludzkich żołnierzy, nielegalnych handlarzy bronią czy międzygatunkowe prostytutki.


Sam film bardzo polecam, bo miło patrzeć, jak przybysze z kosmosu raz jeden trafiają do innego zakątka świata niż USA. Podobały mi się też wstawki stylizowane na film dokumentalny czy program publicystyczny. No i w końcu warty uwagi jest główny bohater, który z odpychającej i wywołującej drwiny biuokratycznej fajtłapy staje się człowiekiem, chociaż tylko w sensie psychologicznym, bo fizycznie jest...no, sami obejrzyjcie.







PS Jeśli myśleliście, że na dzisiaj koniec z Jezusem, to niespodzianka, bo wcale nie. Prawie dziesięć lat temu podczas kazania w jednym z gdańskich kościołów padła niezwykle cenna wskazówka jak należy zachować się w przypadku pojawienia się na naszej planecie obcych. Otóż, jeśli jeszcze nie są chrześcijanami, należy ich ewangelizować.
Teraz wiecie już wszystko, jesteście gotowi na inwazję.

16.6.13

4 rzeczy, których nie nauczą Cię na kursie językowym, a powinni.



Myślę, że obecnie chyba każdy na pewnym etapie życia uczył się jakiegoś języka obcego. Czy to w szkole czy na kursie językowym, dobrowolnie czy pod przymusem, powtarzaliśmy ‘I am’, ‘Ich bin’, ‘Je suis’ i tak dalej. Teoria to jedno, praktyka drugie. Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam czego z mojego punktu widzenia (po sześciu latach mieszkania w Wielkiej Brytanii) zabrakło w tych lekcjach.

1.Przekleństwa

Najbanalniejszy banał. Trzeba je znać nie po to, żeby samemu używać, ale żeby rozumieć co o nas i do nas mówią. I żeby prawidłowo zinterpretować czy człowiek biegnący w naszą stronę krzyczy ‘o kur.., uciekaj bracie, bo za nami zapier.... Godzilla!’, ‘o kur.., biegnij za mną bo tam dają za darmo zaje..... pączki’ czy też ‘o kur.., jak cię dorwę to przyp....... i zrobię ci z du.. jesień średniowiecza’. W każdej z tych sytuacji rozumienie przekleństw jest bardzo ważne i bezpośrednio przyczynia się do naszego szczęścia.

Z drugiej strony, kiedy uczymy się tych przekleństw sami z filmów i internetu, możemy nie złapać subtelnych niuansów. W angielskim na przykład ‘szyt’ czy ‘fak’ są nieeleganckie, ale w stresującej sytuacji, kiedy coś idzie nie po naszej myśli możemy od biedy rzucić je publicznie i tragedii nie będzie. Możemy też podczas zakrapianej zabawy nazwać swojego ziomala ‘fakerem’ i wszyscy się pośmiejemy. Są jednak słowa, które widuje się w internecie/tekstach piosenek/w filmach, którymi w najlepszym razie mocno kogoś obrazimy, a w najgorszym dostaniemy w mordę. Po raz kolejny solidna nauka przekleństw ma bezpośredni wpływ na nasz dobrobyt.


2.Rozpoznawanie i rozumienie akcentów

Wyobraźcie sobie taką sytuację (bardziej dla kobiet, ale niekoniecznie). W miejscowości, w której przebywacie grasuje psychopatyczny morderca. Policja ustaliła, że jest blondwłosym Walijczykiem (tylko taki przykład, nie mam nic do Walijczyków). I oto siedzicie w pubie/klubie/na ławeczce w parku/gdziekolwiek lubicie i podchodzi do Was blondwłosy książe z bajki. Odbywacie pasjonującą rozmowę, dzielicie absolutnie wszystkie zainteresowania, na dodatek on wydaje się oszałamiająco bogaty. Ma tylko nieco dziwny akcent, którego trochę nie rozumiemy. Także przed nami rosyjska ruletka...Czy to szkocki książe z bajki? Czy to seksowny australijski surfer? Czy jednak raczej walijski morderca? Szkoda, że nie nauczono nas podstawowych informacji na temat tego, jak mówi się w różnych częściach anglosfery.

A tak zupełnie poważnie, mało kto będzie do nas mówił bez naleciałości i wyraźnie niczym z podręcznika albo przemówienia bożonarodzeniowego królowej. Kiedy po raz pierwszy przyleciałam do Szkocji i wsiadłam w pociąg z lotniska do Glasgow nie rozumiałam prawie niczego i dziwiłam się, dlaczego wszyscy ludzie wokół mnie mówią po niemiecku. A podczas wykładów z dramatu telewizyjnego zastanawiałam się, co to są te ‘duks’ i ‘blud’ w Rodzinie Soprano.


3.Naprawdę pożyteczne zwroty.

W filmie biograficznym o tancerce Isadorze Duncan jest świetna scena, w której podczas pobytu w Rosji Duncan uczy się języka by móc rozmawiać z poetą Sergiejem Jesieninem (zresztą jej przyszłym mężem). Nauczycielka magluje z nią uparcie zwroty typu ‘ten ołówek jest czerwony’. W którymś momencie wzburzona Duncan urządza scenę, bo przecież nie będzie z nim rozmawiać o ołówkach i domaga się nauczenia jak powiedzieć ‘mój złoty chłopcze, masz piękne uda’.

Tych zwrotów jest o wiele więcej i nie ograniczają się bynajmniej do sfery seksualnej. ‘Stawiasz następną kolejkę’, ‘ha ha, ale się upił’, ‘NO SIEMA STARY...ojej, dobry wieczór panie władzo, tutaj wcale nie ma imprezy’ (true story), ‘ojej super impreza, kto mnie zaprosił i kogo tu znam? ojtam, ojtam’ (true story) i tak dalej i tak dalej.
Warto znać też zwroty typu ‘czy chcesz kupić moją rewelacyjnej jakości kokainę’. Po trzech latach nauki francuskiego w szkole nie znałam go, a właśnie o to (a nie jakiego koloru jest tamten ołówek) zapytał mnie wielki Afrykańczyk na Placu Pigalle.


4. Jak nie zrobić z siebie głupka u lekarza.

W każdym podręczniku do nauki angielskiego zawsze była strona z rysunkami kreskówkowych postaci cierpiących na ból głowy, zęba, brzucha czy czegoś jeszcze innego. W rzeczywistości jednak ‘I’ve got a toothache’ to jedynie wstęp, po którym nastąpić musi szczegółowe określenie problemu. A ząb może boleć na mnóstwo różnych sposobów...

Ale ząb to jeszcze mały pikuś. W sytuacji kryzysowej, kiedy od trzech dni nic się nie jadło i z bólu wymiotuje się na neonowo różowy kolor można po prostu iść pod gabinet, zapłakać i rzucając się na fotel w ostatnim przebłysku świadomości oznajmić ‘doktorze, tu boli, jestem cała twoja’. Braki w słownictwie zostają zwykle wybaczone osobie na pięciu paracetamolach (true story). Gorzej, kiedy w godny sposób trzeba opisać lekarzowi pierwszego kontaktu zapalenie pęcherza lub przedstawić historię swego życia ginekologowi.
Oczywiście można się tego wszystkiego nauczyć z czasem samemu, praktyka czyni mistrza, ale ile najemy się wstydu to nasze.



Po kilku moich obserwacjach bardzo liczę na Wasze. Nie ukrywam, najbardziej interesują mnie kompromitujące wydarzenia i zabawne/niezręczne historie.


14.6.13

Miś Paddington czyli czerwiec w Anglii





Podobno jak Bóg chce kogoś ukarać to spełnia jego marzenia. Ja od maleńkości chciałam mieszkać w Anglii. Nie mogłam sobie naturalnie wymarzyć Włoch, Grecji czy Hiszpanii. Fascynacja Egiptem musiała mi minąć. W okolicach zwrótników też oczywiście nie ma ani jednego ciekawego kraju. Kazik śpiewał, że 'Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące tylko zimno i pada zimno i pada'. Bicz, please. Oczywiście na zdjęciach słońce jest, bo słońce jak wiadomo to camera whore.

Także tyle o marzeniach. Nie jestem malkontentką, to po prostu predestynacja. Mieszkam w Anglii i przeobrażam się w Misia Paddingtona.

PS Ja nie jestem nieszczęśliwa i dramatyczna, to twarz dopasowana do stylizacji na rybaka, który zszedł właśnie z kutra i idzie zjeść całą tonę ryb. I ani jednej mniej. Miłego weekendu :)









// płaszcz i sukienka H&M, torba Clarks, buty Dorothy Perkins, czapka dziergana przez Mamę//

Photos by Ell and me
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...